MIESZKAŃCY / AKTUALNOŚCI kwidzyn.pl - aktualności - RSS

„PODŁY, OKRUTNY, ZŁY” 02.09.2019 godz. 19:00
„TRANZYT” 09.09.2019 godz. 19:00
„ZABAWA ZABAWA” 16.09.2019 godz. 19:00
„CIEMNO, PRAWIE NOC” 23.09.2019 godz. 19:00
„YOMEDDINE. PODRÓŻ ŻYCIA” 30.09.2019 godz. 19:00

 

„PODŁY, OKRUTNY, ZŁY”

30 08 2019 dkf1

Reżyseria: Joe Berlinger

O FILMIE:
Niewinna twarz Teda Bundy'ego (Zac Efron) skrywała tajemnice brutalnych mordów, w które Liz Kloepfer (Lilly Collins) długo nie chciała uwierzyć. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Ted szybko zdobył serce Liz, która samotnie wychowywała córkę. Przez parę lat tworzyli sielankową rodzinę. Ideał runął, gdy Ted został aresztowany pod zarzutem makabrycznych zbrodni. Przystojny, czarujący, charyzmatyczny, czy podły, okrutny, zły? Losy Bundy'ego śledzi cała Ameryka – to pierwszy proces w historii transmitowany przez telewizję. Zakochane kobiety przyjeżdżają na salę sądową. Bundy zyskuje medialną sławę oraz rzeszę wierzących w jego niewinność fanek. Liz musi zdecydować, czy pozostać u jego boku, czy chronić siebie i córkę?

Kino niezmiennie kocha fotogenicznych kryminalistów, choć przez lata ich ekranowy obraz ulegał modyfikacjom. Kiedyś prym wiedli czarujący łajdacy w typie Belmonda, dziś na fali są prawdziwi zwyrodnialcy z policyjnych kartotek. Podli, okrutni, źli, mimo że piękni i młodzi. Jak argentyński „Anioł”, czyli Carlos Robledo Puch, albo amerykański Ted Bundy.

Oba filmy łączy nie tylko to, że opowiadają o najsłynniejszych seryjnych mordercach w dziejach swoich krajów, ale także sposób, w jaki to robią. Degeneraci zyskują seksowną powierzchowność gwiazd pop, uchwyconych podczas krwawego tournée w rytm rockandrollowych przebojów.

Znak czasów? Zanim zaczniemy załamywać ręce nad relatywizmem moralnym i degrengoladą, warto przypomnieć, że kierunek wyznaczył już pół wieku temu Arthur Penn. Jego „Bonnie i Clyde” też znaleźli się pod ostrzałem moralistów. Podobnie jak inny romantyczny bohater masowej wyobraźni, XIX-wieczny Billy Kid, z którego popkultura zrobiła legendarnego rewolwerowca i przystojniaka, mimo że w „realu” był przeciętnym strzelcem i bandytą o pospolitej urodzie.

„Podły, okrutny, zły” nie jest filmem tak niejednoznacznie uwodzicielskim, ciekawym stylistycznie i zniuansowanym, jak „Anioł”, gdzie androgyniczny socjopata nie mieścił się nie tylko w normie społecznej, ale i płciowej. Jednak też ma swoje atuty.

Reżyser Joe Berlinger na temacie zjadł zęby – premierę filmu poprzedził nakręcony przez niego dla Netfliksa serial dokumentalny „Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy’ego”, opowiadający historię zabójcy jego własnymi słowami.

Z kolei „Podły…” – zrealizowany na podstawie wspomnień Elizabeth Kloepfer, narzeczonej Bundy’ego – przyjmuje w dużej mierze jej perspektywę, co na tle standardowej formuły życiorysów seryjnych morderców wypada całkiem odświeżająco. Relacja obojga jest sednem filmu.

Pierwszy kadr, który później okazuje się klamrą całości, to właśnie zbliżenie na umęczoną twarz Liz, czekającej na widzenie z Bundym w więzieniu stanowym na Florydzie. Następnie narracja cofa nas do momentu pierwszego spotkania pary w barze w Seattle. Urok osobisty Teda momentalnie działa na młodą samotną matkę. Kilkuletnią sielankę przerywa dopiero aresztowanie Bundy’ego pod zarzutem porwania. Od tej chwili poukładane życie bohaterki zaczyna się rozpadać.

Berlinger bynajmniej nie robi z Liz naiwnej idiotki. Nie sugeruje, że była całkowicie nieświadoma. Zamiast tego każe nam się zastanowić, dlaczego tak dużo czasu zajęło jej zaakceptowanie prawdy. I czy możemy ją obwiniać o krycie zbrodniarza, który był tak przystojny, uroczy i pewny siebie, że nawet nie zawracał sobie głowy używaniem pseudonimu, kiedy publicznie, w biały dzień, zbliżał się do potencjalnych ofiar.

To sprytny zabieg, że nigdy nie widzimy makabrycznych wyczynów, o jakie Bundy był oskarżany. Dzieją się poza ekranem, a ich charyzmatyczny sprawca jest tak przekonujący w swoich usprawiedliwieniach, że gdybyśmy nie wiedzieli, że ta historia oparta została na faktach, sami moglibyśmy uwierzyć, że ktoś go wrabia.

Spora w tym zasługa Zaka Efrona, któremu udaje się uchwycić nie tylko maniery i sposób bycia, ale też niebezpieczny urok Bundy’ego, specyficzny mrok czający się pod gładką powierzchnią. Przy okazji aktor ironicznie ogrywa własny status idola nastolatek.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego Bundy mógł bez większych podejrzeń zgwałcić i zamordować ponad trzydzieści kobiet w siedmiu stanach w ciągu czterech lat. Po prostu nie pasował do profilu typowego „seryjnego mordercy”, tak jak Efron nie pasuje do profilu „dobrego aktora”.

Lily Collins jako Liz ma znacznie mniej efektowną rolę, jednak udaje się jej oddać wewnętrzną udrękę skonfundowanej, zmanipulowanej kochanki. Szkoda tylko, że w drugiej połowie filmu reżyser przesuwa środek ciężkości z jej perypetii na więzienne i sądowe doświadczenia Bundy’ego.

To raczej do końca powinna być historia Elizabeth Kloepfer i jej drogi do odzyskania życia po latach traumy. Co więcej, gdyby scenariusz skupiał się wyłącznie na perspektywie ufnej, zakochanej kobiety, zdecydowanie bardziej dałoby się uzasadnić tak romantyczny, wyidealizowany obraz potwora w ludzkiej skórze i jego cokolwiek kłopotliwej seksualizacji w erze #MeToo.


W końcu ta narracja ma niechlubną tradycję jak świat długi i szeroki; zmarły niedawno przestępca z czasów PRL, Jerzy „Tulipan” Kalibabka, też zapisał się w prasowych nagłówkach jako „legendarny uwodziciel”.

Ostatecznie zatem Ted Bundy kradnie cały show. Tak jakby filmowcy, podobnie jak prawdziwe ofiary zbrodniarza, nie byli w stanie oprzeć się jego urokowi. Chociaż może paradoksalnie w ten sposób dotknęli istoty problemu?

Piotr Dobry, Podły, okrutny, zły, „Kino” 2019, nr 05, s. 76

„TRANZYT”

30 08 2019 dkf2

Reżyseria: Christian Petzold

O FILMIE:
Prezentowany w Konkursie Głównym ubiegłorocznego festiwalu w Berlinie, nowy dramat wybitnego niemieckiego reżysera Christiana Petzolda, autora dystrybuowanych przez Aurora Films „Feniksa” i „Barbary”. Bohaterem filmu jest Georg, który w trakcie ucieczki z Francji po inwazji nazistowskiej przejmuje tożsamość zmarłego pisarza, którego dokumenty zdobył przypadkowo. Utknąwszy w Marsylii, Georg spotyka młodą kobietę, Marie, desperacko poszukującą zaginionego męża – człowieka, pod którego podszywa się Georg… „Tranzyt” to nie tylko niezwykle realistyczny obraz nazistowskiego terroru osadzonego we współczesnej scenografii. Reżysera interesuje przede wszystkim skłaniająca do refleksji analogia między losem ówczesnych uchodźców europejskich a obecną falą migracji do Europy. Scenariusz filmu powstał na podstawie powieści Anny Seghers „Tranzyt”, wydanej po raz pierwszy w 1944r. W głównych rolach występują znakomici niemieccy aktorzy: Franz Rogowski, znany m.in. z „Victorii” Sebastiana Schippera i „Happy End” Michaela Hanekego, oraz aktorskie odkrycie ubiegłego sezonu, Paula Beer, gwiazda historycznego romansu „Frantz” François Ozona.

Georg wiecznie przed czymś ucieka. Teraz przed Niemcami okupującymi Francję. Opuszcza Paryż i udaje się do Marsylii. Tu nadarza się okazja emigracji do Ameryki, kraju, gdzie wciąż jest bezpiecznie. Mężczyzna przejmuje tożsamość zmarłego pisarza i, legitymując się jego paszportem, zdobywa wizę. I tu zaczynają się komplikacje…

W powieści Anny Seghers z 1944 roku perypetie Georga są wpisane w konkretny czas i miejsce: lata II wojny światowej we Francji. Akcja filmu Christiana Petzolda rozgrywa się we współczesnych dekoracjach. Nie jest to jednak typowe zaadaptowanie motywów sprzed lat do tu i teraz.

Naziści noszą mundury dzisiejszych wojskowych, a bohaterowie poruszają się współczesnymi środkami lokomocji, ale clue historii pozostaje niezmienne. To wciąż jest okupowana przez Niemcy Francja (o czym przypominają i dialogi, i narrator z offu), z której rozmaici ludzie z różnych powodów (np. nieaprobowanego przez okupantów pochodzenia) próbują się wydostać.

Ta transpozycja to bardzo interesujący zamysł unaoczniający dobitniej niż naukowe dysertacje, że emigracja nie jest zjawiskiem charakterystycznym dla XXI wieku, że to wszystko, stosunkowo niedawno, już przerabialiśmy, że „oni” to „my”. Wtedy: Żydzi, Romowie, Polacy. Dzisiaj: Syryjczycy, Kurdowie, Ukraińcy.

Problem migracji, przekraczania granic (tych geograficznych i tych mentalnych) to jeden z emblematycznych wątków w twórczości Christiana Petzolda. Łączy się z nim kwestia poszukiwania własnej tożsamości, problematyzowana na różne sposoby w kolejnych filmach reżysera.

W „Tranzycie” emigranci to ludzie, którzy uciekając zatracają samych siebie, bo migracja wymusza na nich przybieranie rozmaitych tożsamości, odgrywanie różnych ról. Georg nie tyle więc szuka siebie, co obserwuje poszukiwania innych.

W interpretacji Franza Rogowskiego (uwaga: talent! obecnie jeden z najbardziej rozchwytywanych niemieckich aktorów) to współczesny Kandyd, człowiek bez właściwości, w kontaktach międzyludzkich posługujący się rozmaitymi maskami.

Niewiele o nim wiemy. Zamieszany w jakieś szemrane interesy opuszcza Paryż towarowym pociągiem w towarzystwie ciężko rannego mężczyzny. Jego towarzysz podróży umiera tuż przed dotarciem do celu, jakim jest Marsylia, a Georg postanawia zawiadomić o tym jego partnerkę i jej syna. Relacja z tą dwójką, kiełkująca nić porozumienia, skazane są na przegraną, bo Georg z Marsylii chce wyjechać do Ameryki.

W staraniach o wizę pomaga mu przypadek: samobójcza śmierć pisarza, którego dokumenty kradnie i w którego żonie się zakochuje. W każdej z tych relacji niejako spełnia oczekiwania innych: chłopca, który chce w nim widzieć swojego zmarłego ojca, żony samobójcy, dla której jest romantycznym, bezinteresownym kochankiem.

Rogowski daje swojemu bohaterowi wrażliwość i pasję, które czynią go wiarygodnym. Takich bohaterów, samotnie borykających się z wykluczeniem czy odrzuceniem, zmuszonych do opuszczenia swojego kraju (Francuzi uciekający z Algierii) spotkamy u Alberta Camusa czy Patricka Modiana.

O ile jednak ekranowy Georg to postać skomplikowana, wielopoziomowa, to świat kobiecych bohaterek „Tranzytu” wypada „standardowo”: w filmie Petzolda istnieją one wyłącznie w relacji z mężczyzną. Mizoginizm drażni zwłaszcza w przypadku postaci Marie – żony pisarza-samobójcy.

Odtwarzanej przez Paulę Beer bohaterce brakuje głębi, komplikacji, zdaje się kierować wyłącznie instynktem przetrwania, jak pies przywiązując się do każdego kolejnego pana. Tak słabo nakreślona postać dziwi w twórczości reżysera, dzięki któremu fascynujące bohaterki wykreowała Nina Hoss („Martwy człowiek” [2002], „Barbara” [2012], „Feniks” [2014]).

Petzold nie zawodzi za to jako kreator filmowego świata. Warstwa formalna jest tu koherentnie spleciona z treścią. Teatralizacja i natarczywy narrator z offu, komentujący niemal wszystkie poczynania bohaterów, podkreślają umowność ekranowej rzeczywistości.

Czas przeszły miesza się z teraźniejszym, syryjscy imigranci przeglądają się w oczach uciekających przed nazistami Żydów. Gra przeszłością i teraźniejszością toczy się także w warstwie dźwiękowej: klaksony i syreny współczesnych aut sąsiadują z niemieckimi marszami czy piosenkami z czasów wojny (kołysanka, którą śpiewa Georg).

W kadrach autora zdjęć Hansa Fromma, współpracującego z Petzoldem przy niemal wszystkich jego filmach, w ciemnych zaułkach Marsylii, małych kawiarenkach i podupadłych hotelach, ożywa świat kina noir, z przegranymi femmes fatales i mało heroicznymi, samotnymi bohaterami, uwikłanymi w historie, które ich przerastają.

Wszyscy przed czymś uciekamy, wszyscy udajemy, ale – jak pisał Kurt Vonnegut – „musimy bardzo uważać, kogo udajemy”. Raz doklejona „gęba”, niełatwo ściera się z twarzy. A może wcale nie chcemy, żeby się starła? Może tak jest bezpieczniej?

Iwona Cegiełkówna, Tranzyt, „Kino” 2019, nr 05, s. 88

„ZABAWA ZABAWA”

30 08 2019 dkf3

Reżyseria: Kinga Dębska

O FILMIE:
Najnowsze dzieło twórców hitu „Moje córki krowy” Tym razem reżyserka – Kinga Dębska – postanowiła zmierzyć się z problemem, który może dotknąć każdego, niezależnie od wieku, płci, poglądów, statusu społecznego czy materialnego. „Zabawa zabawa” to trzy przeplatające się historie kobiet, będących w różnych fazach uzależnienia, opowiedziane w charakterystycznym stylu Dębskiej, która – jak mało kto – potrafi dotrzeć do serc widzów, tworząc „kino terapeutyzujące” – pełne emocji, wzruszeń i pełnokrwistych bohaterów. Poruszające i zabawne zarazem. W rolach głównych w filmie wystąpiły: Agata Kulesza, Dorota Kolak oraz Maria Dębska. Na ekranie towarzyszą im m.in.: Marcin Dorociński, Mirosław Baka, Przemysław Bluszcz, Jowita Budnik, Marian Dziędziel oraz Tomasz Sapryk. Scenariusz filmu reżyserka napisała wspólnie z Miką Dunin, najsłynniejszą polską blogerką piszącą o kobiecym piciu. Został on doskonale udokumentowany i uwiarygodniony rozmowami z wieloma kobietami, zmagającymi się z nałogiem.

40-letnia prokurator Dorota (Agata Kulesza) pije, by – jak sama mówi – „nie zwariować”. Zasłaniając się immunitetem, ukrywa wszystkie wykroczenia popełnione „pod wpływem”. Skutecznie pomaga jej w tym mąż, znany polityk (Marcin Dorociński). Studentka Magda (Maria Dębska) lubi ostro imprezować, ale świetnie się uczy i ma super pracę, więc nikt nie robi jej z tego wyrzutów. Dla szanowanej chirurg – Teresy (Dorota Kolak) każdy pretekst jest dobry, żeby się napić. Alkoholu nie odmawia sobie nawet w pracy, w szpitalu dziecięcym, którego jest ordynatorem. Wkrótce, w życiu każdej z kobiet nastąpią wydarzenia, po których ich problem przybierze na sile. Czy wspierane przez rodziny i przyjaciół bohaterki zdążą go w porę pokonać?

Trzy kobiety większe niż życie: zdolne, niezależne, ciężko zapracowały na swoją pozycję. Gdy je poznajemy, Teresa, grana przez Dorotę Kolak, odbiera nagrodę za osiągnięcia w dziedzinie chirurgii dziecięcej. Dorota (mrugająca tu do swojej roli z „Idy” świetna Agata Kulesza) rozdaje karty w warszawskiej prokuraturze i czaruje wśród socjety. Magda (Maria Dębska, którą równolegle oglądać możemy w komedii romantycznej „Pech to nie grzech”) dopiero wchodzi w dorosłe życie, ale robi to z impetem, łącząc pracę ze studiami.

Wszystkie trzy, będąc też piękne i szykowne, ochoczo korzystają ze swojego seksapilu. Brzmi jak wstęp do kolejnej komedii romantycznej, w której pośród szklanych wieżowców bohaterki poszukiwać będą swojego księcia? Nic z tych rzeczy. Towarzysza życia już znalazły. To alkohol.

Oprócz wspólnej skłonności do butelki, łączy je też kolor włosów – żadne to „głupie blondynki”, choć i te potrafią zagrać. Fabularnie losy przebojowych brunetek przetną się wyłącznie dzięki pojawiającej się na drodze każdej z nich parze dobrodusznych, nieco gapowatych policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir Zapała). Wprowadza ona komediowy kontrapunkt dla dramatycznych sytuacji z życia bohaterek, ale napięcie rozładowuje tylko początkowo. Okazuje się, że panowie są wobec nich bezsilni – właśnie tak, jak ich bliscy, a także i one same wobec własnego uzależnienia.

Ci snujący się po Warszawie, nieco slapstickowi mundurowi zespalają wprawdzie trzy wątki w jedną czasoprzestrzeń, trudno jednak nie postrzegać filmu Dębskiej – wzorem klasycznego dokumentu Kieślowskiego „Siedem kobiet w różnym wieku” – jako opowieści o jednej i w gruncie rzeczy tej samej osobie na innych etapach życia. Ambitna studentka zostanie świetnie maskującą swoje problemy kobietą sukcesu, która z czasem zamieni się w spełnioną zawodowo panią profesor, autorytet w swojej dziedzinie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze.

„Zabawa zabawa” pokazuje warianty tej samej kobiety na różnych szczeblach kariery – ale i uzależnienia. A im dalej, tym robi się bardziej dramatycznie, choć w każdym z przypadków żaden to margines. Mamy do czynienia z piciem w wersji deluxe: studentka bawi się w modnych stołecznych klubach, pani prokuratorka opróżnia kieliszki na wystawnych balach i butelki we własnym przepastnym ogrodzie, a ordynatorka oddziału pediatrycznego dożyna się opróżniając lodówki w eleganckich pokojach hotelowych.
Rano makijaż, kroplówka, odświeżacz do ust. Wszystko w porządku? Więc od początku. W pewnym momencie jednak bohaterki niebezpiecznie przekraczają granicę, po której trudno jest dalej mówić sobie: „bawię się świetnie”. U pierwszej będzie to seksualne nadużycie – gwałt, którego dopuścił się na półprzytomnej dziewczynie imprezowy towarzysz. U drugiej – spektakularny wypadek samochodowy, który niełatwo będzie zatuszować. Trzecia pod wpływem alkoholu wkroczy na blok operacyjny.

„To się może każdemu zdarzyć, ej”? Podobne historie przeczytać można nie tylko na poświęconym kobiecemu piciu blogu „Emocjonalna izba wytrzeźwień” Miki Dunin, która była współautorką scenariusza. Znamy je z doniesień medialnych – w „Zabawie zabawie” odnajdziemy pogłosy afery z pijaną lekarką z Łomży czy trzeźwiejącej w Sejmie posłanki, która „potrafi coś tam, coś tam”.
Znamy te historie od przyjaciół, rodziny, z ulic i tramwajów, czasem z autopsji. Jednocześnie jednak polskie kino lubi problem ukrywać lub obśmiewać. Przynajmniej to głównego nurtu, z którym Dębska flirtuje, wypełniając swe filmy rodzimą popkulturą – przypomnieć sobie można choćby Darię Zawiałow śpiewającą w finale „Planu B” czy Piotra Bukartyka w „Moich córkach krowach”.

Tym razem na ekranie zobaczymy Kayah z Krzysztofem Kiljańskim – na szczęście tylko przez chwilę. Rolę ozdobnika dostał też stale współpracujący z Dębską Marian Dziędziel, który wystąpił w nawet zabawnym, choć nie wiem w jakim celu wprowadzonym, epizodzie barowego uwodziciela – nie jednak pijącej w tym samym barze Doroty Kolak, a młodych mężczyzn.

Być może te wabiki, mające chyba grać na większą widownię, są potrzebne, by „Zabawa zabawa” wypełniła lukę we współczesnym kinie popularnym, gdzie problem alkoholowy – wyjąwszy filmy Smarzowskiego – właściwie nie istnieje. Od ostatniego polskiego filmu, w którym kobiece picie ukazane było tak szczerze i przejmująco jak u Dębskiej, minęło 25 lat.

Co ciekawe, stworzony na początku lat 90. „Tylko strach” Barbary Sass portretował podobny typ postaci – nieustannie znajdującej się na świeczniku kobiety (Anna Dymna), która przebiła się w męskim świecie. Dębska idzie tym tropem, koncentrując się herstoriach, pokazuje, że kobiece picie jest nie tylko nie mniej dramatyczne niż męskie, ale też równie rozpowszechnione. Nawet jeśli lepiej zamaskowane przez społeczne tabu.

Wybierając postaci z wyższej klasy średniej, reżyserka mówi jednocześnie coś o kosztach transformacji, bogacenia się, emancypacji – coś, czego przez ostatnie trzy dekady chyba nie chcieliśmy słyszeć. Że to nie tylko bieda, szaruga, złe komuchy wpędzały naród w alkoholizm. Że podobną cenę płaci się za zaradność, „kapitalizm, głupcze”, sukces – nawet jeśli ten pozwala czasem ukryć, jak wielką.

Dębska z dużym wdziękiem i wyczuciem potrafi ukazać te momenty, kiedy zabawa przestaje być fajna, a ci, którzy „wygrali życie” ponoszą sromotną klęskę. Robi to jednak bez satysfakcji, ostrzegając, ale i dzieląc się z widzem swym zrozumieniem i sympatią dla bohaterek. Bez względu na to, jak nisko upadły.

Adam Kruk, Zabawa zabawa, „Kino” 2019, nr 01, s. 70-71

„CIEMNO, PRAWIE NOC”

30 08 2019 dkf4

Reżyseria: Borys Lankosz

O FILMIE:

Ekranizacja głośnej, uhonorowanej Nagrodą Literacką “Nike” powieści Joanny Bator – „Ciemno, prawie noc” w reżyserii Borysa Lankosza („Ziarno prawdy”, „Rewers”). Film produkują Leszek Bodzak i Aneta Hickinbotham z Aurum Film, producenci wielokrotnie nagradzanej „Ostatniej rodziny”. Scenariusz „Ciemno, prawie noc” to wspólne dzieło Magdaleny Lankosz i Borysa Lankosza, które zręcznie łączy elektryzującą historię kryminalną z elementami kina grozy. W roli dziennikarki Alicji Tabor, która powraca do rodzinnego miasta, aby napisać reportaż o tajemniczych zaginięciach dzieci, wcieli się Magdalena Cielecka. W gwiazdorskiej obsadzie znajdują się również: Marcin Dorociński, Aleksandra Konieczna, Eliza Rycembel, Jerzy Trela, Dorota Kolak, Agata Buzek, Piotr Fronczewski, Dawid Ogrodnik, Roma Gąsiorowska i Krystyna Tkacz.

Kiedy Wałbrzychem wstrząsa seria tajemniczych zaginięć dzieci, do miasta przybywa dziennikarka Alicja Tabor (Magdalena Cielecka). Powracająca po latach w rodzinne strony, nieustępliwa reporterka chce poznać rodziny zaginionych i rozwikłać zagadkę, wobec której nawet policja okazuje się bezsilna. W trakcie prywatnego śledztwa Alicja – dość nieoczekiwanie – wpada na trop dramatycznych wydarzeń, które swój początek miały dekady temu. Dążąc do odkrycia prawdy, dziennikarka będzie musiała stawić czoła nowemu zagrożeniu oraz temu, przed czym uciekała przez całe dorosłe życie – tajemnicy swojego dzieciństwa i szokującym sekretom własnej rodziny. Z czasem ponura intryga kryminalna połączy w jedno zaginięcia dzieci, wojenną przeszłość, legendę zaginionego skarbu oraz losy samej Alicji, która na swojej drodze zmierzy się z czystym wcieleniem zła, jak i zyska sojuszników, stojących po stronie dobra. Mroczna i piękna sceneria miasta oraz okolic zamku Książ dopełniają świat barwnych i niebezpiecznych postaci, w którym nasza bohaterka przestaje oceniać rzeczywistość tak jak dotychczas…

Nowy film Borysa Lankosza rozpoczyna się od obrazu pociągu przemierzającego leśny krajobraz. Już na początku widz otrzymuje sygnał: dojeżdżamy do miejsca, gdzie kończą się tory, poza granice znanego i oswojonego świata. Las, w który wjeżdża pociąg wiozący bohaterkę, przywodzi na myśl lasy, jakie znamy z baśni braci Grimm: pełne tajemnic, labiryntów drzew i polan ukrytych w gęstych mgłach.

Zamieszkane i nawiedzane przez wiedźmy, demony, niepojmowalne rozumem istoty i siły raczej wrogie niż przyjazne człowiekowi. Bohaterka, wielkomiejska dziennikarka, wraca do rodzinnego Wałbrzycha, by napisać o potworach, wychodzących z wzgórz i lasów otaczających miasto. Ktoś w Wałbrzychu porywa bowiem małe dzieci, zniknęło bez wieści już troje.

Mrok jest podstawowym środkiem wyrazu, za pomocą którego twórcy adaptacji powieści Joanny Bator budują świat przedstawiony. W ich Wałbrzychu nie ma prawie w ogóle światła, wszystkie barwy są przygaszone, zszarzałe, jakby na kamerę założono specjalny filtr z dymu fabrycznego komina, z zasiarczonego węgla.

Mroczna jest także prowincja. Bohaterka, wracająca z wielkiego świata do rodzinnego miasta, od początku napotyka tam wyłącznie okazy z panoptikum. Sposób inscenizacji chwilami przywodzi na myśl „Ładunek 200” Bałabanowa, chwilami estetykę współczesnego wysokoartystycznego horroru, niekiedy też kino Lyncha.

Klimat kojarzy się z pierwszym sezonem „Detektywa”. Świat filmu jest rzeczywistością upadłą, potępioną. Zło krąży w nim jak choroba dziedziczna, przenosi się z pokolenia na pokolenie. Zjada ludzi od wewnątrz, zatruwa ich, z każdym dniem przybliża do obłędu i śmierci. Krzywda wyrządzona dzieciom uderza także w ich dzieci.

Los człowieka to wieczne błędne koło cierpienia, wydaje się, że nie ma z niego ucieczki. Instytucje, których zadaniem jest chronić najbardziej niewinnych, same – z rodziną włącznie – okazują się zainfekowane, dogłębnie przegniłe. Jeśli w ogóle pojawia się dobro, to na marginesach, wśród tych, których społeczeństwo usuwa z zasięgu wzroku.

Problem z „Ciemno, prawie noc” polega jednak na tym, że maluje wszystko tak bardzo na czarno, iż widz szybko obojętnieje i przestaje reagować na kolejne okropności. Koszmar upadłego świata, w jaki wstępuje bohaterka, pozbawiony punktu odniesienia słabo wybrzmiewa na ekranie. Gdybyśmy zobaczyli choć jeden, dwa, trzy obrazy szczęścia, to kolejne sceny w kalejdoskopie grozy miałyby zupełnie inną siłę oddziaływania.

W zasadzie od pierwszych scen wszystko zostaje już wyłożone na tacy, przez co tracimy ciekawość dla śledztwa bohaterki, które powinno nas dopiero stopniowo wprowadzać w zstępujące coraz głębiej kręgi wałbrzyskiego piekła. Film, podążając za książką, daje bohaterce szansę wyrwania się z pokoleniowej sztafety winy, kary, przemocy i nienawiści do siebie. Kiedy jednak w tym mrocznym tunelu pojawia się światło, nasze oczy tak przywykły już do ciemności, że nie jesteśmy w stanie go dostrzec. Mrok i zaduch czterech piątych filmu całkowicie przytłacza oczyszczający, katartyczny, emancypacyjny efekt finału.

„Ciemno, prawie noc” podejmuje szereg tematów, jakimi żyje dziś sfera publiczna w Polsce. Pedofilia, cierpienie dzieci, codzienna, znormalizowana przez kulturę i relacje społeczne przemoc (w tym seksualna) wobec kobiet i towarzysząca jej mizoginia, często uwewnętrzniana przez ofiary – każdy z tych tematów wywołuje obecnie wielkie emocje społeczne i polityczne.

Trudno mi jednak sobie wyobrazić, by „Ciemno…” wywołało w którymkolwiek z tych obszarów żywy odzew opinii publicznej – ten film wydaje się na to zbyt zamknięty w sobie i na sobie skupiony, by mógł wywołać zbiorowe poruszenie, jak „Kler” czy choćby „Pokot”. Pewnie tylko prawica obowiązkowo się oburzy, że kolejny filmowiec z warszawki pogardza polską prowincją i zamieszkującym ją ciężko pracującym, oddanym tradycji i wierze ludem.

„Ciemno, prawie noc” powinno mi się podobać. Lubię i cenię literacki oryginał, podobnie jak poprzednie filmy reżysera. Wszystkie elementy, z jakich Lankosz składa swoją wizję – niespieszna narracja, wygaszone barwy, estetyka makabry i grozy przyprawiona miejscami surrealistyczną groteską, ekspresyjne plastycznie kadry – na ogół na mnie w kinie działają, kocham kino złożone z takich klocków. Tu jakoś nie chcą się one jednak złożyć w satysfakcjonującą całość.

Jedyna sekwencja, która mnie w pełni przekonała, to historia kazirodczej miłości rodziców jednej z zaginionych dziewczynek. Opowiada ją dyrektor domu dziecka, widzimy ją w ciągu retrospekcji. Myślę, że całości filmu zabrakło przede wszystkim tego: sprawnej narracji, zdolnej utrzymać ciekawość widza, prowadzić go przez mroczne światy reżyserskiej wizji. Choć miejscami ta wizja tworzy fascynujące obrazy, choć trzeba docenić odwagę zmierzenia się z tyleż fascynującym, co trudnym do adaptacji materiałem literackim, to, niestety, ostateczny efekt nie porywa.

Jakub Majmurek, Ciemno, prawie noc, „Kino” 2019, nr 04, s. 76

„YOMEDDINE. PODRÓŻ ŻYCIA”

30 08 2019 dkf5

Reżyseria: A.B. Shawky

O FILMIE:

„Yomeddine” oznacza w języku arabskim „Dzień Sądu”. Fragmentem, który najbardziej nawiązuje do tego pojęcia, jest scena wschodu słońca pod mostem, gdzie Rayes mówi Beshayowi, że „na Yomeddine, wszyscy będziemy równi”. Wyleczony z trądu kopt Rayes i przygarnięty przez niego sierota Beshay po raz pierwszy opuszczają granicę kolonii trędowatych i ze skromnym dobytkiem przytroczonym do grzbietu osła wyruszają w podróż przez Egipt, by odnaleźć to, co zostało z ich korzeni, z ich rodzin. Konfrontują świat ze wszystkimi jego smutkami, trudnościami i chwilami łaski, w poszukiwaniu rodziny, swojego miejsca na świecie, odrobiny człowieczeństwa.

Czasem jeden cud to za mało. Wprawdzie Beshay (Rady Gamal) został wyleczony z trądu, lecz powykręcane stawy, zdeformowane dłonie i obsypana krostami twarz wciąż skazują go na życie w kolonii na głębokiej, egipskiej prowincji. W pierwszej scenie filmu widzimy, jak buszuje po wysypisku śmieci, przerzuca niezdarnie ciężkie kamulce, a z gruzowiska wygrzebuje Świętego Graala – ledwie zipiącego walkmana. Jednak wraz ze śmiercią żony, dla której walkman miał być prezentem, Beshay traci grunt pod nogami i stawia wszystko na jedną kartę: w poszukiwaniu swojego ojca wyrusza do świata „zdrowych” ludzi. Towarzyszy mu Obama (Ahmed Abdelhafiz), osierocony dzieciak, który ksywkę dostał po „gościu z telewizji”.

Reżyser i pisarz A.B. Shawky już raz opowiedział tę historię – w krótkim dokumencie z 2009 roku. Nic dziwnego, że jego pełnometrażowy debiut również zaczyna się jak kino faktu: podglądany przy najprostszych czynnościach, w trakcie rozmów z przyjaciółmi, podczas snu i harówki na wysypisku, Beshay ma w sobie coś ze skromnych i zarazem większych niż kino bohaterów Michaela Glawoggera („Śmierć człowieka pracy”) – trudną do uchwycenia szlachetność, wypisane na twarzy poczucie godności, a także głęboko skrywany smutek. Później, gdy zszyte w zgrabną narrację skrawki jego codzienności ustępują miejsca klasycznemu kinu drogi, jest już nieco gorzej: gatunkowe klisze, znajome tropy i epizodyczna fabuła jakoś nie chcą się skleić ze społeczną krytyką, którą uprawia Shawky. Ale nawet kiedy reżyser zaczyna kręcić film młotkiem, a Beshay wykrzykuje, że też jest „istotą ludzką” lub śni o pięknym i gładkim ciele, całość ratuje charyzma głównych bohaterów.

Odgrywający Beshaya naturszczyk Gamal naprawdę żyje w prowadzonej przez zakonnice kolonii trędowatych, a sposób, w jaki Shawky ogrywa jego pooraną bliznami twarz i wykręcone członki, podkreśla tylko subtelności ekspresji oraz języka ciała. Wcielający się w Obamę Abdelhafiz wnosi do filmu uroczą dezynwolturę i zaskakująco dużo aktorskiej dojrzałości. Ich relacja, bazująca w dużej mierze na milczeniu, komunii wrażliwości i tym, co ukryte między słowami, pozostaje najmocniejszym punktem filmu – nietrudno uwierzyć ani w w przyjaźń pozornie niedobranych bohaterów, ani w sens całej misji.

Podróżując z kamerą przez egipskie bezdroża, argentyński operator Federico Cesca („Patti Cake$”) z godną podziwu konsekwencją unika folderowego kiczu i stara się dostrzec w krajobrazie odzwierciedlenie emocjonalnego stanu bohaterów. Z kolei znany z pracy przy amerykańskim kinie niezależnym oraz grach wideo kompozytor Omar Fadel („Assassin’s Creed IV: Black Flag”) ilustruje wszystko rewelacyjną, eklektyczną ścieżką dźwiękową. Ich praca z Shawkym to również dowód na to, jak na naszych oczach zmienia się kino. Oto film o trędowatym facecie na osiołku najpierw osiąga swój próg na Kickstarterze, a później błyszczy na festiwalu w Cannes. Cóż, Beshay zapewne by się spierał, ale czasem jeden cud w zupełności wystarczy.

Michał Walkiewicz

Znajdź nas ...

Znajdź nas na Facebooku

Znajdź nas na Instagramie

Kalendarz Imprez

Kalendarz imprez

Aktualności