Artykuły

„ROZUMIEMY SIĘ BEZ SŁÓW” 04.01.2016 godz. 19.00
„MŁODOŚĆ” 11.01.2016 godz. 19.00
„ZE MNĄ NIE ZGINIESZ” 18.01.2016 godz. 19.00
„NAGINAJĄC REGUŁY” 25.01.2016 godz. 19.00


„ROZUMIEMY SIĘ BEZ SŁÓW”

21 12 2015 rozumiemy

Reżyseria Eric Lartigau

Państwo Bélier to urocza rodzina. Dobrzy sąsiedzi, kochający rodzice. Może czasem zbyt impulsywni, nadmiernie namiętni. I jeszcze jedno: są niesłyszący. Tylko ich córka, nastoletnia Paula urodziła się bez tej niepełnosprawności. Stała się więc ich naturalnym łącznikiem ze światem dźwięków, niezastąpionym przewodnikiem i pomocnikiem w codziennym życiu. Osiągnęła jednak już wiek, gdy dzieci zaczynają wyfruwać z gniazd, szukać swojego miejsca, miłości. Idąc za głosem serca, Paula zapisuje się do szkolnego chóru, w którym śpiewa już „ten” chłopak. Nauczyciel muzyki odkrywa w niej wielki talent wokalny i proponuje szkołę muzyczną w Paryżu. Jak powiedzieć o tym rodzicom? Jak opisać im radość, którą daje muzyka? Jak zostawić zwariowane życie rodzinne i ruszyć w nieznane?
„Rozumiemy się bez słów” to jeden z najbardziej udanych filmów francuskiej kinematografii lat ostatnich. Sam pomysł skoncentrowania intrygi na losach rodziny głuchoniemych jest przekorny. W epoce komedii rozgadanych staje się wyzwaniem przekształconym w komiczny atut. Historia jest prosta: w Normandii żyje rodzina Bélier, pracowita, solidarna i niesłysząca. Mają fermę, trzymają się razem i w zasadzie niczego im do szczęścia nie brakuje, ponieważ kontakt ze światem zewnętrznym utrzymywany jest przez ich słyszącą nastoletnią córkę, Paulę.
Ta równowaga staje pod znakiem zapytania, kiedy profesor muzyki odkrywa u Pauli talent muzyczny i piękny głos, dające jej szansę na muzyczną przyszłość. Dar nieba okazuje się katastrofą dla klanu, któremu zagraża utrata niezbędnej córeczki. Paula waha się między miłością do muzyki a poczuciem obowiązku wobec najbliższych. Czy starczy jej sił, aby pójść własną drogą, czy też poświęci się dla tych, którzy ją kochają i jej potrzebują? Na tym dylemacie opiera się cała linia dramatyczna filmu.
Ciekawe, że reżyser Eric Lartigau wybrał aktorów, których potencjał komediowy opiera się przede wszystkim na sile ekspresji słownej. Karin Viard (nagroda dziennikarzy zagranicznych Lumieres dla najlepszej aktorki za rolę matki i nominacja do Cesara) nadrabia brak słowa podwojoną, a nawet potrojoną energią. Aktorce udaje się skomponować postać kilkuwarstwową, jej Gigi to zarazem beztroska kobieta-dziecko, troskliwa żona i despotyczna matka, zdolna do pogrzebania talentu dziecka w imię rodzinnej solidarności. Ojca gra François Damiens, aktor belgijski (także nominowany za tę rolę do Cesara), znany przede wszystkim z ról komediowych, w których żongluje głosem, intonacją i akcentem. Odarty ze swego najbardziej skutecznego atutu, Damiens nabiera siły fizycznej, powagi, gra upartego byka, który prze do przodu i bez kompleksów wybiera się z motyką na słońce, startując w... lokalnych wyborach.
Największa trudność spadła jednak na osiemnastoletnią Louane Emerę, która mówi a jednocześnie miga, co zmuszało ją na planie do myślenia w dwóch językach naraz. Emera jest największą rewelacją filmu i to jej w dużej mierze film zawdzięcza sukces. Louane, zauważona w programie „The Voice” w roku 2013, to uroda, wdzięk i talent. Młodziutka aktorka (wyróżniona za swą pierwszą rolę Cesarem i nagrodą Lumieres) jest bezbłędna jako kaczątko, które przeistacza się łagodnie w pięknego łabędzia, gotowego do opuszczenia rodzinnego gniazda.
Również role drugoplanowe są w filmie przemyślane i dopracowane. Profesor śpiewu zagrany przez Erika Elmosnino idzie bezbłędnie po cieniutkiej linii wytyczonej między emocjami a krzepiącym uśmiechem, stawiając stopy z gracją baletmistrza – raz po jednej, raz po drugiej stronie. Żeby spiętrzyć trudności, reżyser dorzucił do obsady aktorów naprawdę głuchoniemych – na ekranie widz nie potrafi zauważyć różnicy.
Rodzina Pauli nie słyszy piękna wydobywanych przez nią melodii i to jest największy dramat ich życia. Ale my słyszymy i melodie, i słowa piosenek, które potrafią autentycznie i głęboko poruszyć. To utwory z repertuaru Michela Sardou, który śpiewał o sobie i o życiu, proponując łatwo przyswajalne linie melodyczne. Pan Thomasson, profesor śpiewu, utrzymuje, że Michel Sardou jest dla rozrywki francuskiej tym, czym Mozart dla muzyki poważnej. Nie ulega wątpliwości, że Sardou, uznawany w pewnych środowiskach za konserwatywnego, tworzył piosenki niezmiennie trafiające do serca. Wykonane przez Louane, wydają się doskonale współczesne.
„Rozumiemy się bez słów” jest komedią nie tylko śmieszną, ale również wrażliwą i mądrą. To film, po którym czujemy się dobrze, a nawet lepiej. Do oglądania w pojedynkę, we dwoje i we wszystkich możliwych konfiguracjach rodzinnych i przyjacielskich. Grażyna Arata, Rozumiemy się bez słów, „Kino" 2015, nr 05, s. 84


"MŁODOŚĆ"

21 12 2015 mlodosc

Reżyseria Paolo Sorrentino

Najnowszy film twórcy nagrodzonego Oscarem „Wielkiego piękna”.Paolo Sorrentino przedstawia olśniewającą wizualnie, pełną emocji i błyskotliwego humoru opowieść o gościach luksusowego hotelu u podnóża Alp.
Wybitny kompozytor (Michael Caine) otrzymuje od angielskiej królowej nieoczekiwaną propozycję. Piękna kobieta (Rachel Weisz) chce się dowiedzieć, dlaczego mąż porzucił ją dla dziewczyny (Paloma Faith), od której wszystko ją różni. Słynny reżyser (Harvey Keitel) szuka idealnego zakończenia dla swojego najważniejszego filmu. Charyzmatyczny aktor (Paul Dano), znany z roli w superprodukcji, chce znaleźć prawdziwe życiowe wyzwanie. Miss Universe postanawia wszystkim pokazać, dlaczego to ona jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Wielka gwiazda (Jane Fonda) zjawia się po latach, by prosto w twarz powiedzieć mężczyźnie swojego życia, co naprawdę o nim myśli. Kilka letnich dni, podczas których wyjdą na jaw najgłębsze tajemnice, a wystawione na próbę zostanie powszechne pragnienie wiecznej młodości.

Nowy film Paola Sorrentina przypomina niespieszne poprawiny po karnawałowym „Wielkim pięknie”. Wobec poprzedzającego je arcydzieła „Młodość” pozostaje jednocześnie ujmująco bliska i niezaprzeczalnie odległa. Nie ma wątpliwości, że tym razem włoski mistrz snuje opowieść bardziej przystępną, mniej rozbuchaną i po prostu łatwiejszą w odbiorze. Słyszymy na ekranie język angielski, ale kokietujące nas uśmiechy hollywoodzkich aktorów nie oznaczają na szczęście, że Sorrentino poszedł na łatwiznę.
Tak jak w „Wielkim pięknie”, również w „Młodości” wzniosłość miesza się z banałem, humor coraz trudniej odróżnić od tragizmu, a wielkie ambicje są co chwila ośmieszane przez absurdy codzienności. Uniwersalne tematy zyskują wymiar głęboko osobisty, gdyż reżyser – kolejny raz w karierze – opowiada o dylematach artystów. Po obejrzeniu nowego filmu można odnieść wrażenie, że Sorrentino wyznaje to samo credo, które w jednym z wywiadów sformułował Marek Bieńczyk: „Twórz, ale trochę żyj!”. „Młodość” można z powodzeniem odczytać jako opowieść o niespodziewanych trudach związanych z egzekwowaniem tej pozornie błahej zasady.
Wbrew deklaracjom reżysera, jego filmu nie da się chyba czytać w oderwaniu od „Czarodziejskiej góry”. Sorrentino niemal równie pasjonująco jak Tomasz Mann potrafi opowiadać o starciu postaw i wartości. Jednocześnie pozostaje jednak znacznie bardziej przyziemny i autoironiczny. Zamiast konfliktu śmiertelnych wrogów, przedstawia salonowe awanturki starych kumpli, a bardziej niż przyszłością Europy interesuje się problemami bohaterów z prostatą. Pełne „bon motów” polemiki Freda i Micka mają jednak wysoką stawkę – dotyczą skrajnie odmiennych sposobów radzenia sobie z upływem czasu. (…)
Zanim jednak dojdzie do przejmującego finału, Sorrentino potrafi przez dwie godziny czarować nas niuansami swego niepowtarzalnego stylu. Siłą napędową włoskiego mistrza pozostaje nonszalancka nieprzewidywalność, każąca mu obracać poważną scenę w błazeński żart bądź spuentować zgrywę zaskakująco gorzką refleksją. Reżyserska ambiwalencja skłania odbiorcę do zachowania czujności i oswaja go ze złożonością przedstawionego świata.
Dobry przykład takiej strategii stanowi sposób potraktowania jednego z epizodycznych bohaterów – emerytowanego piłkarza, łudząco podobnego do Diego Maradony. Monstrualnie gruby i kompromitująco ospały mężczyzna wydaje się postacią rodem z karykatury. W pewnym momencie widzimy jak wielki wysiłek przynosi mu zrobienie paru kroków. Filmowana w zbliżeniu twarz wyraża mękę, jakby chodziło o wejście na Golgotę. Groteskowo otyły cierpiętnik wciąż wzbudza śmiech, który momentalnie zostaje jednak podszyty współczuciem.
Sorrentinowska wrażliwość na detal wydaje się ważnym elementem jego filozofii artystycznej. Postawa włoskiego reżysera stanowi rewers poglądu Erica Rohmera, który wierzył, że świat jest uporządkowany i ma w sobie trwały sens, możliwy do odszyfrowania. Uniwersum Sorrentina pozostaje znacznie bardziej kapryśne i nieprzewidywalne. Poczucie zachwytu, satysfakcji i istotności nie jest dane raz na zawsze, lecz może być odczuwane tylko przez krótki moment. Dostrzegł to już Jep Gambardella z „Wielkiego piękna”, poszukujący w życiu tylko „niewielkich, nieregularnych przebłysków uroku”.
Pod taką deklaracją mógłby podpisać się również Fred z „Młodości”. W jednej z najpiękniejszych scen filmu mężczyzna wybiera się na spacer do alpejskiej doliny, przymyka oczy i wsłuchuje się w odgłosy natury. Jakby w transie wykonuje wyuczony gest dyrygenta, dzięki któremu sprawia wrażenie demiurga panującego nad rzeczywistością. Fred doskonale wie, że szlachetna iluzja zostanie za chwilę zdemaskowana, a sytuacja wymknie mu się spod kontroli. Na tle egzystencji naznaczonej absurdem i miałkością krótkotrwałe momenty spełnienia wybrzmiewają jednak z niespotykaną siłą. Sekret „Młodości” polega na tym, że pozwala ich doświadczyć także swoim widzom. Piotr Czerkawski, Młodość, „Kino" 2015, nr 09, s. 67


„ZE MNĄ NIE ZGINIESZ”

21 12 2015 zemna

Reżyseria David Oelhoffen

Daru jest nauczycielem w szkole podstawowej gdzieś w Górach Atlasu. Żyje samotnie, bez wygód, choć nie narzeka na swój los. Okolica nie jest spokojna - toczą się zaciekłe walki między wojskami francuskimi a rebeliantami. Daru trafia na jednego z nich - zostaje mu powierzona misja odprowadzenia go pod sąd w Tinguit, gdzie odpowie na zarzut morderstwa. Spotkanie dwóch różnych światów: potomka europejskich osadników i autochtona, który na ziemi przodków nie może już czuć się jak u siebie, zrodzi nietypowe pokrewieństwo przekonań i swego rodzaju przyjaźń.

Film francuskiego reżysera Davida Oelhoffena jest oparty na opowiadaniu Alberta Camusa „Gość” ze zbioru „Wygnanie i królestwo” wydanego w roku 1957. Oto do żyjącego na pustkowiu nauczyciela imieniem Daru, którego skromne mieszkanie służy też za szkolną klasę, przybywa żandarm Balducci. Przyprowadza ze sobą bezimiennego arabskiego jeńca. Pojmany zabił swojego kuzyna za kradzież zboża.
Daru ma rozkaz odprowadzić Araba na posterunek policji, do oddalonego o dwadzieścia kilometrów Tinguit, gdzie czeka go proces, a raczej: pewna śmierć. Nauczyciel nie chce wykonać zadania; wydanie człowieka na stracenie, nawet jeśli potępia jego zbrodnię, jest dla niego niehonorowe. Ale Balducci odchodzi patrolować przydzielony mu teren – i Daru zostaje z Arabem sam.
Przygotowuje mu posiłek, próbuje z nim porozmawiać, lecz obaj są wobec siebie nieufni. W końcu, zamiast odprowadzić Araba pod same drzwi posterunku, Daru wskazuje mężczyźnie dwie drogi: jedną wiodącą do więzienia, drugą prowadzącą… w przeciwną stronę, tam, gdzie żyją koczownicy. Czy Arab ocali siebie? Ta decyzja należy już do niego – Daru będzie go obserwował ze wzgórza.
Oelhoffen znacznie rozbudował to krótkie opowiadanie – posiłkował się dziennikarskimi tekstami Camusa, także tymi pisanymi dwie dekady wcześniej. „Ze mną nie zginiesz” to historia przyjaźni między z pozoru zupełnie różnymi i obcymi sobie mężczyznami, którzy w wojennej zawierusze (mamy rok 1954 – początek walki Algierczyków o niepodległość) chcą być wierni zasadom etycznym. Język Oelhoffena jest, tak jak język pisarza, ascetyczny, powściągliwy.
Filmowa opowieść została wzbogacona surową, melancholijną, dyskretnie podbijającą nastrój muzyką Nicka Cave’a i Warrena Ellisa. Szerokie plany bezkresnych algierskich krajobrazów punktowane są przez zbliżenia twarzy bohaterów, na których dostrzec można strach, wahanie, wzruszenie. Daru i Mohamed – bo takie imię nadał Arabowi reżyser, tym samym dodając mu indywidualny rys – to pełnokrwiste postaci, skomplikowane i tragiczne. Duża w tym zasługa zarówno reżysera, jak i odtwórców głównych ról: Viggo Mortensena i Redy Kateba.
Daru, doświadczony przez los i zaznajomiony z realiami wojny (ma stopień majora, służył w piechocie), właściwie nigdzie nie czuje się u siebie; jako potomek Hiszpanów nie należy ani do społeczności Francuzów, ani do Arabów. Żyje od dekady w odosobnieniu, za towarzyszy mając swoich uczniów. Jest jednak szczęśliwy, dobrze mu z tym skromnym życiem. Pewnie trwa przy swych zasadach, co wespół z jego troską i łagodnością budzi respekt i sympatię. Mohamed, także różny od literackiego pierwowzoru, to wycofany młody mężczyzna; sprawia wrażenie zagubionego, choć, paradoksalnie, jest stanowczy w swych decyzjach. „Brak ci odwagi! Brak honoru!” – wykrzyczy jeńcowi nauczyciel nie znając jeszcze jego motywacji.
Dlaczego Arab tak pokornie, wręcz z uporem, idzie na śmierć? Dlaczego wzbrania się przed szansą ucieczki? Powoli wyłaniają się odpowiedzi. Rodzina Mohameda walczy o przetrwanie, jest bardzo biedna – dlatego zabił złodzieja. Teraz nie stać go na zapłacenie odszkodowania. Jeśli Mohamed zginie z rąk rodziny zamordowanego kuzyna, jego młodsi bracia będą zmuszeni pomścić tę śmierć, a gdyby Mohamed uciekł, zamiast niego zginęliby oni. Arab chce przerwać spiralę przemocy. Przekonuje Daru, że uratować go może właśnie śmierć, ale z rąk Francuzów, na posterunku w Tinguit. „Takie są zwyczaje, takie jest prawo” – mówi ze smutkiem, bez cienia buntu.
Tymczasem nauczyciel przypomina mu, że ma prawo żyć – na przekór wojnie i podziałom, na przekór bezwzględnym przepisom i rozlewowi krwi. Że ma prawo do własnej decyzji. Że jest wolny. O tę wolność właśnie Daru walczy codziennie, z mozołem, ale i oddaniem: ucząc dzieci z pobliskich wiosek czytać w języku francuskim, pomaga im zyskać samodzielność. Bohaterstwo Daru jest ciche, a za słuszne, według jego sumienia, decyzje, przyjdzie mu zapłacić. Długa, niebezpieczna podróż, którą odbywają główni bohaterowie – podróż ku śmierci? – jest dla nich przełomem; dla Araba to podróż inicjacyjna, podczas której dojrzeje. A i Daru zdaje się żegnać z dotychczasowym spokojnym życiem. Dominika Bierczyńska, Ze mną nie zginiesz, „Kino" 2015, nr 08, s. 78


„NAGINJĄC REUŁY”

21 12 2015 reguly

Reżyseria Behnama Behzadiego

Amatorska grupa teatralna ma możliwość wystąpienia poza granicami Iranu. Początkowa radość z wyjazdu szybko ustępuje miejsca kolejnym niepokojom. Paszport Szeherezady, aktorki grającej główną rolę w spektaklu, ginie. Dziewczyna podejrzewa, że dokument ukrył jej ojciec, który niechętnie podchodzi do pomysłu wyjazdu. Jej przyjaciele z trupy stają przed dylematem: jechać bez koleżanki, solidarnie zostać razem z nią w Iranie, a może za wszelką cenę przekonać ojca do tego, aby wyraził zgodę na wyjazd córki?
W filmie Behnama Behzadiego w fascynujący sposób ścierają się postawy bohaterów, ich pragnienia i nadzieje, które pokładają w wyjeździe. To unikatowy portret trzeciej generacji irańskiej rewolucji islamskiej, która nie zgadza się ze swoimi rodzicami, patrzy na świat w zupełnie inny od nich sposób.
Film świetnie przyjęty przez krytykę jest laureatem wielu nagród na międzynarodowych festiwalach.    

Kilka miesięcy temu pojawił się w polskich kinach film „Rękopisy nie płoną”. U Mohammada Rasoulofa Iran jest szarą krainą, w której rządzi strach. Ten strach przyjmuje wiele postaci, jest strachem przed bogiem, biedą, policją polityczną, przyjaciółmi, śmiercią. Rasoulof odrzuca język ezopowy, wali prosto w oczy – pokazuje terror, przemoc, tortury. Po takim seansie spotkanie z „Naginając reguły” Behnama Behzadiego wydaje się co najmniej dziwne.
Niby i tu akcja rozgrywa się w Iranie, ale Iran Behzadiego jest jakby z innej galaktyki. W biurach stoją dystrybutory wody, w podziemnych garażach – auta. Ludzie jeżdżą jeepami, jedzą lody, rozmawiają o przeglądarkach internetowych, używają tabletów i laptopów. Bawią się w teatr, uprawiają warzywniak, studiują, planują wyjazd za granicę. Dyktatura? Jaka dyktatura? Zwyczajnie – Zachodnia Europa.
Historia, którą opowiada Behzadi, mogłaby się rozgrywać, na przykład, w Polsce. Oto grupa przyjaciół planuje wyjazd na zagraniczny festiwal teatralny – przedstawienie jest już gotowe, trzeba jeszcze tylko spakować walizki. Niespodziewanie pojawiają się jednak kłopoty – ojciec jednej z aktorek zabrania jej jechać. W ogóle uważa, że teatr to nie jest dla dziewczyny najlepsze miejsce, radzi, żeby skoncentrowała się raczej na nauce. Gdy córka buntuje się przeciwko jego nakazom, tatuś zaczyna szantażować pozostałych członków zespołu, grożąc, że jeśli nie pomogą mu uporać się z krnąbrną córką, to ich zniszczy. (…)
Jeśli coś przykuwa uwagę, to są to drobne szczegóły, małe sytuacje, które rozbijają iluzję tego z pozoru całkiem normalnego świata. Pojawiający się w drzwiach funkcjonariusz, u którego trzeba uzyskać zgodę na opuszczenie kraju; rodzice z obsesją na punkcie kontroli; kłamstwa, którymi ich dzieci muszą się posługiwać, żeby mieć wreszcie święty spokój. Podskórne, nieustające napięcie sprawia, że szybciej korodują charaktery.
Pierwsza konfrontacja z ojcem buntowniczki dokonuje w młodych spustoszenia, pokazuje ich słabość, niezdolność do przeciwstawienia się. Wychodzi na wierzch oportunizm, który maskuje się tu frazesami o tym, że sztuka jest najważniejsza. Szczególnie blado wypadają mężczyźni – zdziecinniali, zagubieni, marnujący czas na niepotrzebne kłótnie, skoncentrowani na sobie.
Behzadi nie osądza jednak zbyt surowo swoich postaci, trzeźwo patrzy na świat, w którym ludzie nieustannie poddawani są próbom charakteru. Wie, że ci, którzy ich nie przeszli wzorowo, wcale nie muszą być najgorszymi kanaliami. Co więcej, finał filmu sugeruje, że to w młodych reżyser upatruje nadzieję dla swojego kraju. Inna sprawa, że gest sprzeciwu wiąże się tu nierozerwalnie z utratą złudzeń. A jak wiadomo, bez złudzeń ciężko sobie wyobrazić jakąkolwiek rewolucję, czyli prawdziwą zmianę. Ten paradoks, z którym zostawia nas irański filmowiec, sprawia, że „Naginając reguły” trudno zbyć zwykłym wzruszeniem ramion. Jakub Socha, Naginając reguły, „Kino" 2015, nr 05