Wydarzenie

Tytuł:
DKF „Anioł”
Data:
2019.06.17 19:00 - 20:55
Lokalizacja:
URL:
Kopiuj do:

Opis Wydarzenia

„ANIOŁ”

03 06 2019 dkf3

Reżyseria: Luis Ortega

O FILMIE:
Wibrujące rock-n-rollem Buenos Aires, lata 70. 17-letni Carlitos o twarzy anioła (Lorenzo Ferro) przemierza ulice, jakby należały do niego. Od najmłodszych lat wykorzystuje wszelkie okazje by kraść. To fascynacja, której nie chce się oprzeć. Kiedy w nowej szkole spotyka Ramona (Chino Darín) natychmiast stają się przyjaciółmi. Wyruszają w podróż pełną ryzykownych przygód, namiętnej miłości i mrocznej zbrodni.
Film luźno oparty na życiu seryjnego mordercy Carlosa Robledo Pucha zwanego „Aniołem śmierci”. Porywająca historia. Stylistyczny majstersztyk. Wizualna uczta.
Luis Ortega zainspirował się prawdziwą historią Carla Robledo Pucha zwanego „Czarnym Aniołem” złodziejem, który zabił jedenaście osób w 1971 i 1972 roku. Wydaje się, że dokonanie zabójstw było dla niego abstrakcją. Robledo znajdował się pod wpływem obowiązującej w tamtym okresie teorii lombrozjańskiej. Opierała się ona na deterministycznej koncepcji prawa karnego zakładającej, że każde ludzkie zachowanie, w tym także przestępcze, jest warunkowane określonymi czynnikami, które nie są kontrolowane przez człowieka. Według tej teorii brzydota staje się motywem do popełniania przestępstw (urodzeni kryminaliści mają wyłupiaste oczy, ciemną skórę, haczykowate nosy, szerokie czoła i krzywe zęby). Robledo był inny. Jego pochodzenie i sympatyczny wygląd okazały się doskonałymi czynnikami przeczącymi tradycyjnemu opisowi mordercy.
Z tej fascynującej mieszanki reżyser stworzył fikcyjną postać Carlita różniącego się znacznie od prawdziwego „potwora” Robledo. Dziś, po ponad czterdziestu pięciu latach więzienia, Carlos Robledo Puch jest najdłużej przebywającym w zakładzie karnym więźniem w historii Argentyny.

Film otwiera i zamyka scena samotnego tańca Carlosa – chłopaka o niepokojącej urodzie cherubina i pustym, nieobecnym spojrzeniu. Ta rama sugeruje taką interpretację losów tego mordercy, budzącego zaufanie, zwłaszcza swą niewinną powierzchownością, która graniczy z banałem: umysł psychopaty jest zagadkowy, bo i życie jest zagadkowe. Jedni ludzie mają wyjątkową łatwość zabijania innych ludzi, inni jej nie mają.

Wydawałoby się, że efektownie i dość konsekwentnie zrealizowany „Anioł” ma ambicje odpowiedzieć na pytania dotyczące owej tajemnicy łatwości czynienia zła czy nieodpartej skłonności do przemocy albo też postawić je w jakiś nowy, intrygujący sposób. Sugestii pojawia się wiele, może nawet zbyt wiele, rzecz w tym, że wszystkie one niejako się znoszą.

„Anioł” to wariacja na temat biografii najsłynniejszego argentyńskiego seryjnego mordercy, Carlosa Robledo Pucha (ur. 1952), zwanego Czarnym Aniołem albo Aniołem Śmierci. Dokonał on w 1971 roku wielu morderstw, z których udowodniono mu jedenaście. Brał udział w serii napadów rabunkowych, często zakończonych krwawo.

Wygląda na to, że zabijał nie – by tak rzec – z przestępczej konieczności, lecz często dla samej przyjemności zabijania. Do tej pory odbywa karę, prośby o warunkowe zwolnienie a także o wykonanie kary śmierci (w Argentynie nie jest ona stosowana) odrzucono. Puch ze względu na swój młody wiek, chłopięcą urodę i całkowitą obojętność wobec cierpienia ofiar i reakcji otoczenia budził ekscytację tamtejszej opinii publicznej.

Tym bardziej, że jego głos docierał do mediów. Deklarował się na przykład jako pilny czytelnik Biblii i „Mein Kampf”, napisał też pełen oburzenia list do reżysera Luisa Ortegi, zarzucając mu liczne przekłamania, a przede wszystkim to, że przedstawił go jako homoseksualistę. Mniejsza o dwuznaczność postępowania filmowców, którzy dość ściśle trzymali się przebiegu autentycznych wydarzeń, ale przecież nie deklarowali ich rekonstrukcji.

Znaczące jest, że zrezygnowali z wielu najbardziej drastycznych detali, zwłaszcza z przedstawienia scen gwałtów, jakich dopuszczał się kompan Pucha – Carlos zaraz potem zabijał zgwałcone kobiety. Bardziej istotna jest odpowiedź na pytanie, co kryje się pod powierzchnią tego zrealizowanego trochę w manierze „Chłopów z ferajny” filmu, rozegranego w klimacie nieco nostalgicznym, w rytm lokalnych rockowych klasyków.

„Anioł” zaczyna się od znanego chwytu, często wykorzystywanego w filmach noir: narracji zza kadru bohatera, przedstawiającego się jako „urodzony złodziej” i narzekającego, „że nikt nie myśli o wolności”. Spodziewać się można kolejnej przypowiastki o instynktownie badającym granice wolności outsiderze, w stylu nieco Genetowskim.

Oto poszukiwacz swobody, który w latach widocznej i w ówczesnej Argentynie wolności obyczajowej dochodzi do ostatecznego wniosku: moja wolność to niewola innych. Czemu więc ich z tej niewoli nie wyrwać? Ale narrator bardzo szybko milknie, niknie też napięcie pomiędzy tym, co widzimy na ekranie, a jego spodziewanymi, choćby i złudnymi wyjaśnieniami. Wychwalany debiutant Lorenzo Ferro jako Carlos niemal cały czas jest na ekranie i rzeczywiście potrafi przykuć uwagę.

Rzecz jednak w tym, że mimo wszystko pozostaje nieprzenikniony. Owszem, okazuje pewne emocje, ale najsilniejsza okazuje się ta podczas lekcji strzelania: wtedy pełen drżenia odkrywa to, co go najmocniej pociąga. Mnożą się różnorakie tropy: to być może o rzecz o dojrzewaniu i ukrywaniu (niezbyt przesadnie głęboko) homoseksualnej tożsamości w otoczeniu dominującej kultury macho.
Rzeczywiście, chyba jedyną osobą, na której zależy Carlosowi, jest jego wspólnik Ramón. Jedyna naprawdę liryczna scena rozgrywa się podczas napadu z jego udziałem. Biada mu jednak, gdy Carlosa rozczaruje. Uparta podróż donikąd jest ważniejsza niż jakiekolwiek uczuciowo–erotyczne więzy.

A może „Anioł” to opowieść głównie o tym, jak uwodzicielscy bywają ludzie, którzy bez najmniejszych hamulców przekraczają społeczne normy? Doświadczeni kryminaliści dziwnie łatwo ulegają zuchwałości i lekceważącej wszelkie reguły rzemiosła brawurze chłopaka. Jakby zahipnotyzowani jego swoistą charyzmą polegającą przede wszystkim na niezwykłej łatwości naciskania spustu.
Producentami filmu byli bracia Almodóvarowie i pewnie dlatego sekwencje kipiące podskórną zmysłowością, mającą za nic społeczne reguły, ale i podszytą melancholią, są tu najbardziej sugestywne i przekonujące. Pomimo wszystko nie idzie o to, żeby stworzyć przewrotny melodramat z dobrze znaną figurą homoseksualisty – zabójcy, obecną przez lata w latynoskich, ale i anglosaskich thrillerach, i podważyć ten przez lata powielany stereotyp podstępnego dewianta, dającego zastępczy upust swemu popędowi przez zbrodnię.

Można bowiem odnieść wrażenie, że Carlosem wcale nie kieruje „prawo pożądania”, a celem filmu Ortegi nie jest przewartościowanie po części już przezwyciężonych homofobicznych schematów. Pożądanie jest dla „anioła” jedynie kolejną zachcianką, na chwilę bardziej kuszącą od innych.

Mamy też wątek klasowy: Carlosowi niczego specjalnie nie brakuje, ale z upodobaniem penetruje on domy bogaczy, a z drugiej strony przebywa w towarzystwie kryminalistów. Jest zatem wyobcowanym przedstawicielem niższej klasy średniej, wstydzącym się swego przeciętnego statusu, ale jednocześnie gardzącym zarówno bogatszymi, jak i uboższymi.

Być może jego postępowanie to swoista reakcja na kulturę korupcji i przemocy, autorytarny system polityczny oparty na brutalności i przekupstwie, którego reguły działania zna doskonale, jak się okazuje podczas scen na posterunku. Morderca rzuca mu zatem wyzwanie, co zdaje się puentować scena zasadzki nawiązująca wyraźnie do boliwijskiego finału „Butcha Cassidy i Sundance'a Kida”.

Kłopot leży w tym, że żadna z powyższych interpretacji nie wybrzmiewa naprawdę konsekwentnie, wszystkie wyglądają na dość zdawkowe. Film Ortegi ma w sobie coś z tabloidowej ilustracji – jest mniej od niej krzykliwy, z pewnością, ale wnioski sprowadzają się do stwierdzenia, że umysłu psychopaty nie da się głębiej opisać ani poznać.

Nie jest to uciekająca w stronę jawnej stylizacji satyra, jak „American Psycho”, ani studium społeczne sugerujące potrzebę odwetu, rzecz o egzystencjalnej pustce, czy też analiza kultury macho. To po prostu portret potwora, którego mamy trochę polubić, a trochę się nim przerazić. Zrozumieć przecież go trudno. Wiemy, że naprawdę niewiele wiemy. Konkluzja w pewnym sensie prawdziwa, ale przecież rozczarowująca.

Tomasz Jopkiewicz, Anioł, „Kino” 2019, nr 02, s. 83-84